Krzysztof Kobus

O Etiopskich Piwach - łyków tj. słów kilka...



Po pierwsze lubię piwo. Po drugie jechałem do Etiopii pełen obaw, czy złocisty napój chmielowy będzie tam dostępny. Po trzecie, czy jak będzie to będzie z importu, czy też uda się spróbować miejscowego napitku.

Okazało się, że nie tylko nie jest źle, ale jest fantastycznie. Piwo dostępne wszędzie za w miarę uczciwą cenę rzędu 0.5 - 0.6 USD, co prawda za butelkę 0.33 l.


Zacznijmy więc piwny objazd po kraju. W Addis piwa w bród, no ale nic dziwnego bo to stolica. Aby przekonać się do miejscowych wyrobów do pierwszego obiadu proponuję zamówić St.George Beer. Jest to takie nasze Tyskie lub Żywiec. Jest w całym kraju, zawsze świeże, zawsze dobre. Co prawda jest mocno filtrowane więc przy stabilnym, niezłym smaku nie oferuje nam tego smaku za wiele w sensie siły chmielenia lub smakowych dodatków. Ale jest świetne również dla tych, którzy za piwem zbytnio nie przepadają (naprawdę są tacy dziwni ludzie).

Kolejnym piwem o stabilnym miłym smaku jest Castel. Co prawda moje pierwsze spotkanie z Castelem nie było udane bo jakoś za szybko na pierwszy plan wysuwał się smak stalowej beki, ale później traktowałem to piwo jako odmianę dla St.George w Addis. Trudno coś o tym piwie napisać bo jest ogólnie rzecz biorąc takie bezpłciowe.

Jadąc do Gonderu powinniśmy się przestawić na picie Dashen Beer z miejscowego browaru. Zresztą budynki browaru są pierwszym ciekawym obiektem po drodze z lotniska do miasta. Dashen jest w Gonderze tani i bardzo smaczny bo prosto z linii produkcyjnych trafia do knajpek. Piwo to jest bardziej wyraziste w smaku od ww. i trzeba powiedzieć, że bardzo mi smakowało. Natomiast nie polecam picia Dashena w oddaleniu od Gonderu. Jest chyba słabiej pasteryzowane i szybciej się psuje od St.George, a może jest mniej popularne i po prostu dłużej czeka na spożycie. W Gonderze bezbłędne.



Jeżeli trzymamy się klucza regionalnego to kolejnym piwem jakie zwyczajnie wypada pić będąc w Harerze jest oczywiście Harer Beer. Bardzo się rozczuliłem na widok baryłeczek przypominających nasze dawne Jasne Pełne. Smak jednak zdecydowanie lepszy. Piwo jest stosunkowo trudno dostępne poza regionem Hareru, ale pewnie jest to tak jak w Polsce gdzie piwo z drugiego końca kraju znajduje się pod bokiem jakiegoś dużego browaru. W Harerze smakuje znakomicie. Miasto stanowi centrum islamu w Etiopii (ponad 90 meczetów) i jest jednym z najważniejszych miast muzułmańskich. Jak muzułmanie to oczywiście zakaz spożywania alkoholu. Ale przecież oni też chcą poczuć smak chmielu na języku, co prawda bez udziału tak wspaniałego rozpuszczalnika jak C2H5OH, który uwrażliwia kubki smakowe. Browar w Harerze produkuje więc również piwo bezalkoholowe. I tu porażka. Pomimo, że mieliśmy muzułmańskiego przewodnika, nie byliśmy w stanie kupić nawet buteleczki tego napitku, a knajpkach oczywiście był tylko klasyczny Harer Beer.

Cięgle denerwowały mnie te buteleczki 0.33 l. Jeszcze rozumiem, gdyby było to 0.3333333333333.... w okresie, czyli ostatni łyk ciągnął by się długo i namiętnie. Nic podobnego! Piwo kończyło się bardzo szybko. Oczywiście można było zaraz zamówić następne, ale to męcząca czynność. Trzeba nam było wyjechać hen na południe aby gdzieś w knajpce na skrzyżowaniu dróg, między hamerskimi wioskami, wreszcie napotkać tak wypatrywane przeze mnie butelki o ludzkiej pojemności 0.5 l. Było to piwo Bedele Specjal: 13 % ekstraktu, 5.5% alc. Próbowałem to piwo wcześniej, ale tak zajeżdżało skrzyżowaniem miodu z moczem browarnego konia mającego cukrzycę, że dodałem je do listy napojów, które można pić tylko jak się skończy na pustyni woda nawet w chłodnicy jeepa. Ale było to Bedele w małej butelce z czerwono-białą nalepką, a tu nagle takie 0.5 litra i inna, niebieska nalepka. Spróbowałem i okazało się super ! Faktem jest, że chyba jest w nim dodatek miodu, ale smakowało nieźle, coś w rodzaju naszej Warki Strong.



Wreszcie dotarliśmy do niejakiego Meta Beer. Meta jak sama nazwa wskazuje kojarzy się z metą, bimberkiem, dynksem i innymi takimi napojami i tak smakuje. Chyba topią w nim szczury. Obrzydlistwo wyjątkowe i polecam trzymać się od tego piwa z daleka.



I to koniec wędrówki piwnym szlakiem po Etiopii. Jak odkryję coś nowego to nie omieszkam napisać Państwu.

Aaaa! Byłbym zapomniał o teli! Niekiedy nazywana jest piwem chociaż nic z nim nie ma wspólnego. Pierwszy raz telę piłem w Lalibeli i wyglądało to tak jakby ktoś wypadł na zachwaszczone pole naciął co tam rosło, zmielił i poszatkował drobniutko, zalał wodą czekając co z tego wyniknie. Lalibelska tela była zwyczajnie jeszcze za świeża czyli w smaku trawa zalana wodą.
Zupełnie inaczej smakowała w Górach Siemen. Strażnicy parku mieli ją dobrze przefermentowaną i smakowała całkiem nieźle. Mleczno-zielony napój miał w sobie mnóstwo maleńkich pęcherzyków gazu i lekko kwaśny smak. Na upalny dzień - super! Należy jednak pamiętać, że picie takich wynalazków jest dość ryzykownym eksperymentem, niepolecanym wszystkim z wrażliwym żołądkiem, a i "strusia" warto zaopatrzyć w loperamid.

Już naprawdę na koniec dwa przykłady reklamy. St.George reklamuje się tak jak są oficjalne reklamy wielu piw w Etiopii. Nie jest to nic odkrywczego choć miłe dla oka.



Za to ściany niektórych knajpek stanowią wyzwanie dla miejscowych artystów. Lew Judy z piwem w paszczy (zagryzł Tuborga - no i dobrze), i legiony panienek wijących się wokół szyjek butelek (brrr... dotyk zimnego szkła...) to jet dopiero to. Niżej przykład z Gonderu czyli reklama Dashen Beer i wspomniany lew amator bursztynu w płynie.



Przełykam, eeeee.... tzn. pozdrawiam.

Krzysztof Kobus


PS. Poczytać o etiopskich piwach można również w
Piwnym Magazynie Kolekcjonerskim PIVARIA nr 7/2004.






do: menu ARTYKUŁY



(c) www.etiopia.pl - www.travelphoto.pl - Wszelkie prawa zastrzeżone !