Raport z wyprawy:

Dorota Ożóg i Maciej Kowalczyk

ETIOPIA 2002


Wstęp


Do Etiopii polecieliśmy prawie przypadkowo. Wiedzieliśmy, że chcemy się gdzieś wyrwać, wiedzieliśmy, że nie odpowiada nam leżenie na plaży na Costa Brava i wiedzieliśmy, że chcemy trochę odpocząć psychicznie - ostatni okres był bardzo gorący i potrzebowaliśmy trochę oderwać się od rzeczywistości. I z takimi ograniczeniami zaczęliśmy studiować atlas, przeglądać Internet i szukać atrakcyjnych połączeń lotniczych. Najpierw pojawiła się Tajlandia z Laosem, potem Wietnam i Kambodża. Skoczyliśmy przez Atlantyk do Wenezueli, rozważaliśmy Ekwador, Peru i Boliwię. Uważny czytelnik zauważy, że omijaliśmy Afrykę. Dlaczego? No bo przecież Afryka to już olbrzymie wyzwanie, w co drugim kraju wojna albo konflikt plemienny, choroby tropikalne i kiepska służba zdrowia - raczej niezbyt bezpieczne miejsce. Ale w którymś momencie kursor obsunął się na mapie świata na stronie Lonely Planet na Czarny Ląd i postanowiliśmy jednak przekonać się jak to jest naprawdę. Okazało się, że Afryka kryje w sobie wiele miejsc, które są niezwykle ciekawe, i to nie tylko z powodu zwierzaków - są też zabytki, niesamowite prawie pierwotne plemiona, a jednocześnie miejsca względnie bezpieczne. Ostatecznie nasz wybór padł na Etiopię i zdecydowanie trzeba zaznaczyć, że się nie zawiedliśmy. Bilety okazały się nieco droższe niż w innych kierunkach (zwłaszcza, że wszystko działo się jakieś 3 - 4 tygodnie przed wyjazdem), panie w liniach lotniczych patrzyły na mnie trochę z niedowierzaniem (Addis Abeba? A gdzie to jest?) ale w końcu wybraliśmy British Airways (wybór nie jest wielki).


Dzień 1 - Warszawa - Londyn - Addis Abeba

Wylecieliśmy wcześnie rano 17 sierpnia w sobotę, co jak się okazało pod koniec dnia miało swoje nie całkiem przyjemne konsekwencje. Droga była długa, z przesiadką w Londynie i międzylądowaniem w Aleksandrii. W końcu wylądowaliśmy na Bole International Airport w Addis Abebie około 1.00 w nocy 18 sierpnia. Pierwszy minus to konieczność pozostawienia na lotnisku paszportu, gdyż biuro wizowe jest zamknięte o tej porze. Dostaje się różową karteczkę i na słowo trzeba uwierzyć, że następnego dnia paszport się znajdzie. Kolejny ból to transport do centrum. Brak wzmożonej konkurencji o tej porze powoduje, że cena taksówki (innego środka w nocy nie ma) urasta do astronomicznej jak na Etiopię ceny około 10 USD (oczywiście płatnej w twardej walucie, bo bank na lotnisku jest również zamknięty i o wymianie trzeba zapomnieć). Udało nam się stargować na 9 USD (sic!) i ruszyliśmy, marząc o znalezieniu się w łóżku w jakimś miłym hoteliku. Wybraliśmy, idąc za radą Lonely Planet, Hotel Wutma na Piazza, ale okazało się, że w sobotnią noc turyści nie są tu mile widziani. Powodem jest prostytucja, a dokładnie mówiąc fakt, że bardziej opłaca się wynająć pokój na godzinę Etiopczykowi, który przyprowadzi sobie jakąś czarną piękność, niż turystom. I tak Hotel Wutma był pełny, okoliczne Baro, National i Tsigerada również i już mieliśmy przed oczyma siebie kimających gdzieś w krzakach albo na ławce. Ale taksówkarz okazał się obrotny i trochę bardziej rozeznany w miejscowej rzeczywistości i zaproponował jakiś hotel nieco dalej od centrum. Dotarliśmy do Hotelu Debre Damos przed trzecią nad ranem i już prawie czuliśmy się jak w śpiworze, gdy okazało się, że kierowca za dodatkowe krążenie po mieście zażyczył sobie 25 USD!!! Długo trwały negocjacje, momentami dość gorące (wzywanie policji itd.), aż w końcu zapłaciliśmy 16 USD i taksówkarz z miną niezwykle nieszczęśliwą odjechał, a my mogliśmy udać się na spoczynek.

Dzień 2 - Addis Abeba

Pierwszy dzień w Etiopii spędziliśmy na okrzepnięciu i załatwieniu kilku formalności, w tym musieliśmy udać się na lotnisko po nasze paszporty i wizy. Tym razem transport był już nieporównywalnie tańszy (<1 USD w dwie strony), formalności wizowe załatwiliśmy bardzo sprawnie i w końcu spotkało nas coś miłego. Okazało się, że wiza kosztuje jedynie 140 Birr (1 USD = 8,56 Birr) czyli około 18 USD, a nie jak nas informowano w ambasadach przed wyjazdem 50 - 70 USD. Aczkolwiek jadąc do kraju takiego jak Etiopia trzeba mieć na uwadze, że opłaty urzędowe są często uzależnione od humoru urzędnika (znajomi Hiszpanie w tym samym dniu zapłacili po 320 Birr). Pojechaliśmy na słynne Merkato, czyli największy w Afryce Wschodniej targ pod otwartym niebem, gdyż tam znajduje się dworzec autobusowy (Autobus Terra), z którego następnego dnia chcieliśmy wyruszyć w głąb kraju. Nie planowaliśmy długiego pobytu w Addis - nie jest to miejsce które urzeka swoim pięknem - jest wielkie, chaotyczne, brudne i głośne, a atrakcje turystyczne ograniczają się do kilku muzeów. Na Autobus Terra kupiliśmy bilety do Bahar Daru, przeżyliśmy nieudolną próbę kradzieży oraz deszcz, który ilekroć wracaliśmy do Addis zawsze nas tam witał (trzeba zaznaczyć, że przyjechaliśmy do Etiopii w porze deszczowej, jednak tylko w Addis i raz w Gonderze odczuliśmy minusy tego faktu - zazwyczaj deszcz padał wieczorem albo w nocy). Potem jeszcze zarezerwowaliśmy bilety lotnicze w biurze Ethiopian Airlines (ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w trzy tygodnie postanowiliśmy dwa odcinki drogi przebyć samolotem, zaoszczędzając tym samym 4 dni telepania się w autobusie), zjedliśmy pierwszy etiopski obiad i starczyło nam sił na spacer po Piazzie. Od razu otoczyła nas chmara absolutnie szczęśliwych dzieci, które nieczęsto mają okazję spotkać Białasa, który jest tak oszołomiony pierwszymi wrażeniami z nowego miejsca, że ich nie odgania, a wręcz przeciwnie, zagaduje i pozwala prowadzić się za rękę (z czasem nabraliśmy pewnego dystansu i bardziej selektywnie podchodziliśmy do bliższych znajomości, co nie wynikało z naszej niechęci czy złego usposobienia, ale po prostu niemożliwością byłoby "przerobić" wszystkich studentów chcących poćwiczyć angielski, wszystkie dzieci chcące dotknąć białą małpkę, czy też po prostu wszystkich, którzy chcieli zapytać jak się nazywamy, z jakiego jesteśmy kraju lub jak się czujemy). Wreszcie utrudzeni wielkim miastem wróciliśmy minibusem do naszego hotelu, zamówiliśmy jeszcze taksówkę na rano i zaczęliśmy myśleć o odpoczynku.

Dzień 3 - Addis Abeba - Mota

Dzień zaczął się bardzo wcześnie (jak większość dni w Etiopii), bo po 4 nad ranem. W Etiopii istnieje zakaz poruszania się pojazdów po zmroku poza miastem, czego konsekwencją jest to, że autobusy, które mają do przebycia dłuższe dystanse wyjeżdżają około 6.00 - 6.30 rano, żeby w ciągu 10 - 12 godzin przebyć często nie więcej niż 250 - 300 km. Przed zamkniętą bramą dworca stanęliśmy około 5.15 i posłusznie odczekaliśmy do 6.00, kiedy to brama zostaje otwarta. Gdy przyjechaliśmy było jeszcze zupełnie ciemno i niesamowicie wyglądał otaczający nas tłum podróżnych, ubranych najczęściej na biało, którym spomiędzy nakrycia głowy i shammy (szal) błyskały tylko białe źrenice i zęby, a reszty na czarnym tle nie było widać. My za to byliśmy świetnie widoczni i wzbudzaliśmy wielkie, aczkolwiek nieme zainteresowanie. W końcu wybiła 6.00 i tłum ruszył jak opętany biegiem w kierunku autobusów, a my daliśmy się ponieść. Przy autobusach stali naganiacze, którzy głośno wykrzykując kierunek, w którym odjeżdżał dany autobus, próbowali zapanować nad tłumem. Znaleźliśmy swój autobus (zazwyczaj w jednym kierunku jedzie tylko jeden autobus dziennie) i zajęliśmy miejsca, po czym nastąpiła swoista ceremonia dworcowa. Różni podróżni wsiadali do naszego autobusu (a nie było to łatwe), przechodzili od tyłu do przodu i wysiadali, inni siadali na chwilę, po czym również wstawali i wysiadali, a inni zajmowali ich miejsce. Po chwili niektórzy wsiadali ponownie i za chwilę znów wysiadali - nie mogliśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Takie podchody trwały jakieś pół godziny, zanim autobus zapełnił się i załadowano na dach wszystkie bagaże. Mogliśmy wyruszyć. Padał deszcz ale na początku droga przebiegała dość sprawnie, gdyż nawierzchnia była asfaltowa. Ale jak się okazało szczęście nie trwało zbyt długo, gdyż już jakąś godzinę od wyjazdu asfalt zaczął się psuć, aż w końcu znikł zupełnie. Pojawił się dopiero w Bahar Darze, półtora dnia później. Ale szczerze trzeba powiedzieć, że wszystko naokoło było tak nowe, egzotyczne i ciekawe, że w ogóle nie zwracaliśmy uwagi na niewygody podróży. Wzdłuż drogi cały czas ciągnęły się wioski i wioseczki i wyglądało jakby jedynym zajęciem większości ich mieszkańców było wyglądanie właśnie naszego autobusu. Po prostu stali wzdłuż drogi i przyglądali się, machając do przejeżdżających, ze zdwojoną energią w momencie gdy wypatrzyli nasze białe nosy przyklejone do szyby. Między wioskami ciągnęły się pola, na których chłopi idąc za parą wołów pchali wielkie drewniane radła, a często zdarzało się, że za nimi kobiety rozbijały jeszcze co większe grudy ziemi ręcznie. Okolica była generalnie niesamowicie zielona i górzysta. Po kilku godzinach zmagania się z podjazdami i zjazdami dało się wyczuć pewne poruszenie w autobusie i zostaliśmy poproszeni o schowanie aparatów fotograficznych - zbliżaliśmy się do przełomu Błękitnego Nilu, a co ważniejsze do "strategicznego" mostu, którego fotografowanie jest surowo zabronione. To takie małe "zboczenie" Etiopczyków - bo przecież z satelity taki "obiekt strategiczny" można namierzyć z dokładnością pewnie do kilkudziesięciu centymetrów. Zdjęć z tego najpiękniejszego fragmentu podróży więc nie mamy i pozostały tylko wrażenia w naszej pamięci. W końcu po 16.00 dotarliśmy do Moty, niewielkiej wioski, w której zazwyczaj autobus zatrzymuje się na nocleg w drodze do Bahar Daru (do Bahar Daru można dojechać jeszcze drugą drogą, przez Debre Markos, jednak zabiera to jeszcze więcej czasu). W Mocie zatrzymaliśmy się w bardzo prostym Hotelu Tsadei, w którym "sanitariaty" mogły robić za świetny i na pewno skuteczny środek przeciwko przeczyszczeniu. O dziwo w wiosce było biuro telekomunikacji, więc postanowiliśmy zadzwonić do Polski. Okazało się to niezwykle łatwe i już po chwili uzyskaliśmy świetnej jakości połączenie, bez żadnych opóźnień ani szumów. Po kolacji w malutkiej restauracyjce zostaliśmy ugoszczeni pyszną kawą, której przygotowanie przybiera formę skomplikowanej ceremonii, tzw. coffee ceremony (patrz niżej). A potem przyszedł czas zasłużonego odpoczynku.

Coffee ceremony

Kawa odgrywa niezwykle ważną rolę w kulturze i gospodarce Etiopii (generuje około 50% przychodów z eksportu). Nazwa "kawa" pochodzi od etiopskiej prowincji Kaffa, a Etiopczycy wierzą, że to oni pierwsi na świecie zaczęli korzystać z tej używki. Parzenie kawy przybiera formę ceremonii, w czasie której najpierw surową zieloną kawę płucze się, następnie praży w blaszanym naczyniu na rozżarzonym węglu drzewnym, tłucze w moździerzu i gotuje w glinianym czajniczku. W międzyczasie malutkie filiżanki są starannie płukane. Wszystko odbywa się na oczach gości, na malutkim stoliku ustawionym najczęściej na środku pomieszczenia, na rozsypanej świeżej trawie, a wrażenia potęguje tlące się kadzidełko. Gdy kawa jest gotowa, gospodyni rozlewa ją do filiżanek i zgodnie ze zwyczajem powinno się wypić po trzy filiżanki (jeżeli komuś pozwoli na to serce). Dodatkiem nie zawsze stosowanym jest kawałek injery (podstawowa potrawa etiopska) lub razowego chleba.



Dzień 4 - Mota - Bahar Dar

Autobus wyruszył o 6.00 i już po około 4 godzinach wjeżdżaliśmy do Bahar Daru. W autobusie zdążyliśmy się nasłuchać o pięknie tego miasta, zwłaszcza w porównaniu do Addis i faktycznie różnica była olbrzymia. Przede wszystkim Bahar Dar jest nieporównywalnie mniejszy, a przez to cichszy i czystszy. Do tego ulice obsadzone są palmami i inną wspaniałą roślinnością. Zawitaliśmy do polecanego przez znajomych Tana Pension, wzięliśmy prysznic, co nie było wcale łatwe (musiałem wspomagać się wiadrem z wodą) i po pysznym śniadaniu złożonym z miejscowych wypieków i wspaniałych soków - musów owocowych poszliśmy na spacer po mieście. Jeszcze w autobusie zapoznaliśmy się z George'm, miejscowym przewodnikiem turystycznym i jak się okazało chyba najbardziej znaną figurą w Bahar Darze, który zaproponował nam łódkę, którą można odwiedzić monastyry na wyspach Jeziora Tana. Najciekawszy był pierwszy który zwiedziliśmy, Beta Maryam na Półwyspie Zege, kryty strzechą, z bardzo bogatymi i kolorowymi (na pierwszy rzut oka trochę tandetnymi) malowidłami przedstawiającymi sceny z Biblii. W monastyrze Entos Eyesus, położonym na maleńkiej wysepce, zostaliśmy ugoszczeni "razową" injerą z bardzo prostym sosem z utartej fasoli oraz kubeczkiem telli, piwa domowej roboty - niezapomniane (niestety) wrażenie. W drodze powrotnej do miasta podpłynęliśmy jeszcze zobaczyć tzw. Blue Nile's Source, czyli miejsce na jeziorze gdzie widać prąd tworzony przez wodę spuszczaną z niewielkiej tamy na Nilu, znajdującej się nieopodal Bahar Daru. I tam uśmiechnęło się do nas szczęście - udało nam się wypatrzyć hipopotama.

Dzień 5 - Tis Abay (wodospad na Nilu Błękitnym)

Droga z Bahar Daru do niewielkiej wioski Tis Abay, z której wyrusza się aby zobaczyć wspaniały wodospad na Nilu Błękitnym (zwany Tis Abay - Dymiący Nil lub Tis Isat - Dymiący Ogień) zabiera około godziny. Droga w wiosce była niezwykle błotnista, a oferujący swoje usługi przewodnicy bardzo nachalni. Bilety trzeba kupić jeszcze w wiosce, w biurze przy głównej bramie do elektrowni wodnej. Do wodospadu idzie się około pół godziny. W ostatnim czasie prowadzona rozbudowa hydroelektrowni spowodowała zmianę drogi i mapka zamieszczona w Lonely Planet jest nieaktualna. Wyrusza się zgodnie z mapką. Za wioską po lewej ręce ciągnie się mur otaczający hydroelektrownię. Aby dotrzeć do wodospadu należy przejść pierwszym mostem przecinającym to ogrodzenie i po jakichś 200 m dochodzi się do punktu sprawdzania biletów, gdzie można dopytać się o dalszą drogę (zupełnie zbędne jest wynajmowanie przewodników w tej części drogi). Po drodze przekracza się Nil poniżej wodospadu, krocząc po starym siedemnastowiecznym Moście Portugalskim, a następnie trzeba się wspiąć trawersem odchodzącym w lewo. Mija się malutką wioskę, gdzie można zaopatrzyć się w drobne pamiątki i w końcu oczom ukazuje się wspaniały widok wodospadu, którego obecność już dużo wcześniej zdradza huk spadającej wody. Wodospad ma 45 m wysokości i pod koniec pory deszczowej osiąga szerokość około 400 m. My byliśmy miesiąc wcześniej ale już wtedy był imponujący. Do wodospadu warto dotrzeć między 9.00 a 11.00 gdyż wtedy wzajemne usytuowanie punktu widokowego, Słońca i ogromnej chmury z rozbryzgującej się wody pozwala na zaobserwowanie pięknej tęczy, tworzącej się nad wodospadem. Z punktu widokowego większość turystów (akurat tam było ich jak na Etiopię dużo) wraca tą samą drogą do wioski, ale my zdecydowanie polecamy inne rozwiązanie. W towarzystwie kilkorga miejscowych dzieciaków ruszyliśmy dalej i po około pół godzinie dotarliśmy do rzeczki Alata, która wpada do Nilu poniżej wodospadu. Czekała nas przeprawa przez dość rwący nurt, brodząc w wodzie powyżej kolan - nasi przewodnicy zapewnili nas, że krokodyli tam nie ma więc daliśmy się namówić. Droga ta prowadzi na drugą stronę wodospadu, gdzie stromą i błotnistą ścieżką można zejść do jego podnóża i tam wziąć "darmowy prysznic". Po chwili naprawdę byliśmy mokrzy, ale było warto. Droga powrotna do wioski wymaga przeprawienia się łodzią motorową przez rzekę powyżej wodospadu, a do przystani dociera się poprzez podmokłe niesamowicie zielone łąki, przechodząc w wielu miejscach po prowizorycznych kładkach. W samej wiosce nie ma nic ciekawego i bardzo się ucieszyliśmy gdy już po chwili zobaczyliśmy nadjeżdżający autobus. Radość okazała się przedwczesna - okazało się, że rozkład jazdy nie istnieje, a autobus odjedzie… gdy się zapełni. Trwało to blisko 3 godziny, ale o dziwo tylko my sprawialiśmy wrażenie nieco tym rozdrażnionych. Miejscowi zapewniali nas, że jeszcze tylko kilka osób i już ruszymy, i ze stoickim spokojem czekali. Co ciekawsze, gdy w końcu ruszyliśmy, zaledwie 500 metrów dalej przy drodze czekała na nasz autobus liczna rodzina, której po prostu nie chciało się podejść. Afryka … Czas jest tu zupełnie zbędną kategorią, a na pytanie "kiedy coś się wydarzy?" najczęstszą odpowiedzią jest "Bóg wie".

Dzień 6 - Bahar Dar - Gonder

Droga do Gonderu przebiegła bardzo sprawnie, aczkolwiek przed samym miastem złapaliśmy gumę, co nieco wydłużyło podróż. Trochę było nam jednak niewygodnie, gdyż ostrzegani przez miejscowych przed kradzieżami, nie pozwoliliśmy zapakować naszych plecaków na dach tylko trzymaliśmy je na kolanach. W Gonderze wybraliśmy rekomendowany przez spotkanych wcześniej Niemców Belegez Pension, gdzie trafiliśmy chyba na najładniejszy pokój w Etiopii - oprócz wielkiego łóżka była toaletka z lustrem (!!!), a łazienka była naprawdę czysta i schludna. Obiad zjedliśmy w restauracji przy głównym placu Gonderu, tuż za murami Royal Enclosure, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie tego niesamowitego jak na Afrykę miejsca. Royal Enclosure to siedemnastowieczny zespół pałacowo-zamkowy, otoczony obronnym murem, mieszczący w swoim obrębie kilkanaście budowli, w tym zameczki, pałace, bibliotekę czy też dom lwów, gdzie podobno jeszcze całkiem niedawno trzymano lwy abisyńskie. Budynki są niestety w nienajlepszym stanie, między nimi musieliśmy przedzierać się przez często wyższą do nas trawę, ale bez wątpienia jest to miejsce warte wizyty. W jednym z budynków, w Pałacu Mentaweba, mieści się współczesna biblioteka, a w Sali Bankietowej można kupić wyroby ceramiczne etiopskich Żydów - Felaszy, którzy żyją jeszcze w Gonderze i pobliskiej wiosce Wolleka. Prawie naprzeciwko wejścia do Royal Enclosure mieści się restauracja Habesha Ketfo, którą polecamy turystom stęsknionym za knajpką, która odpowiada mniej więcej standardom europejskim. Jest zupełnie nowa, wejście zdobi strzecha imitująca dach tradycyjnej etiopskiej chaty, na ścianach wiszą liczne pamiątki, a kelnerzy odziani są w śmieszne, podobne do japońskich kimon stroje, których nigdy nie widzieliśmy na ulicy. Krótko mówiąc to taka trochę Cepelia i nam nie bardzo się podobało. Uznaliśmy, że to taki pierwszy krok, na szczęście na razie malutki, w kierunku uczynienia z Etiopii kolejnej Mekki turystów na kontynencie afrykańskim, podobnej do Kenii czy Tanzanii.

Dzień 7 - Gonder

Wstaliśmy rano i po pysznym śniadaniu w Delicious Pastry poszliśmy zobaczyć kościół Debre Berhan Selassie, położony nieco za miastem. Jest to bardzo ciekawa budowla, pochodząca z XVII w. i otoczona kamiennym murem z 12 wieżyczkami, symbolizującymi 12 apostołów. Wszystko tonie wśród wysokich starych drzew jałowca. W środku najciekawszym elementem jest sufit, który w całości pokryty jest malowidłami głów cherubinków (o czarnych twarzach) strzegących czterech stron świata. Z kościołem wiąże się legenda, iż został on uratowany przed najazdem Derwiszów przez rój pszczół. Jest to jeden z najbardziej znanych kościołów w Etiopii, a miejscowi wierzą, że był budowany przez cesarza Yohannesa I specjalnie z myślą o przewiezieniu tu Arki Przymierza z Aksum. W drodze z kościoła do miasta złapał nas deszcz ale w tym samym momencie wyrósł przed nami chłopiec, który zaproponował abyśmy przeczekali ulewę w jego domu. Po chwili wahania udaliśmy się za nim i nie pożałowaliśmy. Abdissa pokazał nam swój dom, który jak na standardy etiopskie wyglądał całkiem porządnie - mieścił w sobie kilka osobnych pomieszczeń, był telefon i telewizor - a jego dwie urocze starsze siostry poczęstowały nas kawą i obiadem. Oczywiście robili to bezinteresownie, no może licząc na kilka zdjęć, więc było nam bardzo miło. Później wieczorem wróciliśmy jeszcze do domu Abdissy i przynieśliśmy naszym miłym gospodarzom małe prezenciki, czym sprawiliśmy im chyba dużą przyjemność. Resztę dnia popsuł nam deszcz, który z krótkimi przerwami padał prawie cały czas. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze Łaźnie Fasiladesa, jednak z powodu opadów wyruszyliśmy zbyt późno i już nie udało nam się tam dotrzeć. Niestety mając mocno ograniczony czas postanowiliśmy, że zobaczymy je gdy następny raz odwiedzimy Etiopię. Kupiliśmy bilety do Shire i po kolacji poszliśmy spać.

Dzień 8 - Gonder - Shire

Shire to miasto w północnej Etiopii, w którym zatrzymują się autobusy w drodze do Aksum. Nie zrobiło na nas dobrego wrażenia, ale widoki na trasie z Gonderu wynagrodziły to z nawiązką. Pierwsze 100 km do Debarku nie wyróżniało się niczym specjalnym, natomiast począwszy od tego miasta położonego na przedgórzu Gór Simien, zaczęła się bajeczna, czasami mrożąca krew w żyłach podróż wąskimi górskimi serpentynami, często tak wąskimi, że autobus brał zakręt na dwa razy. Dookoła wspaniałe góry, o bardzo ostrych i zdecydowanych kształtach oraz dużych wysokościach względnych, stoki poprzecinane głębokimi parowami, z prawie pionowych ścian ciągnących się wzdłuż drogi ściekały liczne kaskady, które często były na wyciągnięcie ręki z okna autobusu (oczywiście gdyby ktoś pozwolił otworzyć okno - Etiopczycy wierzą, że przez otwarte okno w autobusie dostają się do środka złe duchy, które przynoszą pecha, więc zazwyczaj każda próba uchylenia okna w celu strzelenia zdjęcia lub wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza kończyła się ostrą reakcją współpasażerów i koniecznością zamknięcia okna; ale warto próbować, gdyż czasami można trafić na bardziej tolerancyjnych i postępowych Etiopczyków, a może po prostu bardziej wyrozumiałych dla stukniętych Białych, którzy pstrykają zdjęcia jakby pierwszy raz widzieli góry albo drzewa). Autobus co kilkanaście kilometrów to zjeżdżał w głęboką dolinę, to mozolnie wspinał się pod górę. Po przejechaniu rzeki Takane, nad brzegiem której ulokowała się niewielka wioska, której mieszkańcy trudnili się wyrobem węgla drzewnego, krajobraz zaczął się zmieniać. Soczysta zieleń zaczęła ustępować miejsca czerwonawym skałom, a wśród pojedynczych akacji pojawiły się kopce termitów. Droga do Shire zajęła 12 godzin i byliśmy tak zmęczeni, że zdecydowaliśmy się na hotel, który mieścił się przy samym dworcu autobusowym, mimo, że prezentował się ohydnie. Starczyło nam jeszcze sił żeby zjeść kolację i poszliśmy spać.

Dzień 9 - Aksum

Z Shire do Aksum jedzie się tylko około 1,5 godziny, więc już około 10.00 byliśmy gotowi do wymarszu na miasto i powzięliśmy śmiały plan zwiedzenia Aksum w jeden dzień. Sądząc z opisów w Lonely Planet wyglądało to dość nieprawdopodobnie ale jak się okazało było to możliwe. W ogóle Aksum trochę nas rozczarowało. Zabytki tej najstarszej etiopskiej stolicy to najczęściej mocno szczątkowe ruiny, a pola stelli (obelisków stanowiących nagrobki władców i najważniejszych urzędników etiopskich sprzed około 2000 lat) okazały się na tyle małe, że najważniejsze z nich można było zobaczyć w pół godziny. Stelle faktycznie robią wrażenie, zwłaszcza największa ze stojących Stella Króla Ezany (24 m) i olbrzymia ponad trzydziestometrowa strzaskana Wielka Stella mieszczące się na tzw. Północnym Polu Stelli. Nieopodal pola obelisków, wśród drzew stoją dwa kościoły Św. Marii z Syjonu - stary i olbrzymi, zwieńczony okrągłą kopułą nowy. A między nimi mieści się niepozorna kapliczka, która według wierzeń miejscowych kryje Akrę Przymierza, skradzioną królowi Salomonowi z Jerozolimy przez etiopskiego króla Menelika - owoc krótkiego związku Salomona i mitycznej królowej Saby. Niestety nie można zobaczyć tego cudu, gdyż strażnik pilnuje wejścia i jest nieustępliwy, jednak Etiopczykom wystarczy sama wiara i miejsce to jest jednym z najważniejszych punktów pielgrzymkowych w kraju. W dalszej kolejności udaliśmy się w kierunku Pałacu króla Kaleba, pochodzącego z VI w. Najciekawszym elementem tej wyprawy były jednak widoki po drodze. Sam pałac to tak naprawdę grobowiec lub skarbiec królewski, z którego do dnia dzisiejszego pozostały dwie podziemne komnaty oraz zarys ścian budynku, który kiedyś stał w tym miejscu, a obecnie przykryty jest blaszanym zadaszeniem. W drodze powrotnej do miasta zaszliśmy jeszcze na punkt widokowy, mieszczący się obok Hotelu Yeha, w którym stacjonuje kontyngent sił ONZ ze Słowacji. Rozpościera się stamtąd widok na całe Aksum, który uświadamia, że to niegdyś zapewne wspaniałe miasto i stolica wielkiego cesarstwa jest obecnie niewielką mieściną, gdzie życie toczy się jeszcze wolniej niż w innych częściach kraju. W mieście wynajęliśmy czterokołowy wózek ciągnięty przez chudą szkapę i pojechaliśmy zobaczyć Lwicę Gobedry - płaskorzeźbę przedstawiającą wielką lwicę, wykutą na olbrzymim głazie, 2 km za miastem. Miejsce to jest o tyle ciekawe i tajemnicze, że nie udało się ustalić kto, kiedy i w jakim celu wyrzeźbił lwicę. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze ruiny pałacu królowej Saby, które okazały się zaledwie konturami niegdysiejszej budowli, usypanymi z luźno poukładanych na sobie kamieni. Podpity strażnik pokazał nam gdzie mieściła się kuchnia (znajduje się tam coś w rodzaju pieca) oraz gdzie królowa Saba dokonywała codziennej toalety (w podłodze widnieje otwór, przypominający odpływ z prysznica). I na tym kończą się zabytki wielkiego Aksum. Wszystkie można zwiedzić po zakupieniu, w Muzeum Archeologicznym na tyłach kościoła Św. Marii z Syjonu, jednego zbiorczego biletu (osobny bilet potrzebny jest tylko do zobaczenia dwóch kościołów Św. Marii z Syjonu). Wieczorem spotkała nas niezbyt miła przygoda. Chcieliśmy napić się teju (pyszne miodowe wino), które serwowane jest wyłącznie w specjalnych "pubach" - tej house, znanych najczęściej tylko miejscowym i o zmierzchu udaliśmy się do jednego z takich miejsc, prowadzeni przez zagadniętego wcześniej chłopaka. Na początku było sympatycznie, wypiliśmy kawę i dużą butelkę wina. W międzyczasie zauważyliśmy, że miejscowym zaczął się plątać język i atmosfera zrobiła się ciężka, a dodatkowo w całym mieście zgasło światło. Postanowiliśmy więc zbierać się do hotelu i zapytaliśmy o "rachunek" - odpowiedź przerosła nasze oczekiwania. Gospodarz zażyczył sobie 90 Birr. Wyraziliśmy swoje oburzenie, nie wiedząc jednak z jakim odzewem się spotka i oświadczyliśmy, że jesteśmy gotowi zapłacić 30 Birr. Na szczęście oferta została przyjęta i szybko ulotniliśmy się, przedzierając się przez zupełnie ciemne ulice do naszego Hotelu Bazen. Słyszeliśmy o podobnych przygodach, głównie w Addis, które kończyły się rachunkiem dochodzącym do 100 USD, a gospodarze nie byli tak spolegliwi jak nasi. Nauczka - zawsze trzeba zapytać o cenę na początku.

Dzień 10 - Aksum - Lalibela

Z samego rana wykupiliśmy zarezerwowane w Addis bilety lotnicze na trasie Aksum - Lalibela - Addis. Wystartowaliśmy przed 11.00 i już po około godzinie lądowaliśmy w Lalibeli - autobusem jedzie się dwa dni i nie mogliśmy sobie pozwolić na taką stratę czasu, mimo że widoki po drodze podobno zapierają dech w piersiach. Nowe lotnisko w Lalibeli zbudowane zostało 25 km za miastem i przewodnik straszył, że transfer do miasta jest szczególnie drogi. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Przy drzwiach wyjściowych dorwało nas 3 - 4 naganiaczy, którzy schodzili z ceną szybciej niż mogliśmy oczekiwać. Z pierwotnej ceny 30 Birr od osoby, bez szczególnego naszego wysiłku negocjacyjnego, szybko doszliśmy do 3 Birr (!!!). Droga do miasta jest nowa i jak na Etiopię bardzo porządna. Zatrzymaliśmy się w bardzo prostym ale czystym Hotelu Fkrrsalam. Minusem tam są problemy z wodą - my nie mieliśmy jej przez dwa dni. Po krótkich negocjacjach wybraliśmy przewodnika, młodego chłopaka o imieniu Getacha, który za 120 Birr (na 4 osoby) pokazał nam wszystkie kościoły w mieście oraz położony wysoko w górach, ponad Lalibelą, kościół Ashetam Maryam. W pierwszy dzień zwiedziliśmy tzw. północną grupę kościołów. Kościoły są połączone przejściami i tunelami, tworząc skomplikowany system i w związku z brakiem jakichkolwiek mapek tego terenu wynajęcie przewodnika okazało się dobrym posunięciem. Dodatkowo Getacha sporo wiedział o kościołach i związanych z nimi legendach więc opłacało się zainwestować.

Dzień 11 - Lalibela

Śniadanie zjedliśmy w polecanym przez Lonely Planet John Cafeteria, jednak osobiście nie polecamy. Mieliśmy wrażenie, że zazwyczaj pyszne soki owocowe były tam mocno rozcieńczane wodą, a ceny wyższe niż w innych częściach Etiopii. Po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Ashetam Maryam. Droga, zwłaszcza jej pierwsza część była bardzo stroma i trochę dostawaliśmy zadyszki, ale widoki po drodze rekompensowały wysiłek. Po około dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce - sam kościół, jakkolwiek ciekawy to nie usprawiedliwiał takiego wysiłku, jednak widoki rozciągające się z góry były fantastyczne. Po powrocie do miasta zrobiliśmy sobie małą przerwę, a następnie ruszyliśmy zwiedzić pozostałe kościoły zlokalizowane w mieście. Są to 4 kościoły w ramach tzw. wschodniej grupy kościołów oraz położony nieco na uboczu, najbardziej spektakularny, monolityczny kościół św. Jerzego, patrona Etiopii. W ścianie otaczającej kościół znajduje się niewielka jama, w której spoczywają, wystawione na widok publiczny, szczątki trzech mnichów, którzy wedle legendy, zauroczeni pięknem i atmosferą Lalibeli zażyczyli sobie aby ich tam pochowano po śmierci. Wracając do "centrum" natknęliśmy się na tej house i jak się później okazało zakosztowaliśmy tam najlepszego teju w ciągu naszej wyprawy. Tajemnica tkwi w zawartości miodu - okolice Lalibeli słyną z jego produkcji ("Lalibela" oznacza "zjadacze miodu"), który jest na tyle tani, że nie opłaca się dodawać do teju cukru, jak to ma miejsce w innych miejscach kraju, głównie w Addis. Wieczorkiem poszliśmy zjeść etiopską pizzę - w Lalibeli mieszka Sophie, Etiopka, która kilkanaście lat spędziła we Francji, jednak po rozstaniu się z mężem postanowiła wrócić w rodzinne strony i założyła "pizzerię". Wystarczy powiedzieć, że danie to nie zawierało sera, aby dać obraz egzotyki tego pomysłu. Pizzę trzeba zamówić kilka godzin wcześniej i przy tej okazji przydarzyła nam się śmieszna sytuacja związana z różnicą w sposobie liczenia czasu między Polską a Etiopią.
Wychodząc rano w góry zamówiliśmy pizzę na godzinę szóstą, z tym, że zapomnieliśmy dodać, że według czasu faranji (naszego). Gdy przybyliśmy do Sophie o szóstej pod wieczór zostaliśmy lekko skarceni, gdyż nasza pizza czekała na nas 6 godzin wcześniej. Na szczęście znalazł się na nią jakiś chętny i nie musieliśmy płacić dwa razy, a jedynym minusem sytuacji był czas oczekiwania na nową pizzę.

Czas w Etiopii
Czas w Etiopii liczy się przedziwnie i to zarówno w odniesieniu do czasu dobowego, jak i do kalendarza. Doba zaczyna się o godzinie 6.00 czasu Greenwich, czyli wtedy na zegarkach Etiopczyków jest północ. Od tego momentu liczy się dwa dwunastogodzinne cykle, które składają się na pełną dobę. W związku z tą różnicą warto zawsze pytając o czas, zadać pytanie dodatkowe - według jakiego czasu? Waszego czy naszego? Może to zaoszczędzić sporo problemów, zwłaszcza jeżeli gra idzie o odjazd autobusu. Na szczęście miejscowi są świadomi tego mankamentu i zazwyczaj podają czas zgodnie z naszym systemem.Jeżeli chodzi o kalendarz, to jest on również znacząco różny od europejskiego. W Etiopii wyróżnia się 13 miesięcy, a popularny slogan turystyczny głosi "Etiopia - 13 miesięcy słońca". Dwanaście pierwszych miesięcy ma równo po 30 dni, natomiast ostatni, trzynasty miesiąc ma 5 - 6 dni. Nowy rok wypada 10 lub 11 września (według kalendarza europejskiego), a żeby było jeszcze ciekawiej to w tym roku rozpoczął się tam rok … 1995. Wynika to z faktu, że Etiopia funkcjonuje zgodnie z kalendarzem juliańskim.



Dzień 12 - Lalibela - Addis Abeba

Samolot mieliśmy około 11.00 i w tą stronę droga na lotnisko była faktycznie dość kosztowna, jak na warunki etiopskie. Musieliśmy zapłacić tym razem po 25 Birr temu samemu kierowcy. Tak więc odbił sobie straty jakie poniósł na nas dwa dni wcześniej. Przy okazji warto wspomnieć, że bilety lotnicze trzeba potwierdzać możliwie jak najwcześniej. Okazało się w Lalibeli, że w związku z brakiem centralnego systemu komputerowego, samo zakupienie biletu wcale nie oznacza, że w samolocie znajdzie się wolne miejsce. Każde miasto na drodze samolotu (trasa przebiega z Aksum przez Lalibelę, Gonder i Bahar Dar do Addis) ma przyznaną określoną liczbę miejsc, którą może przyjąć, a w przypadku wystąpienia nadmiaru chętnych konieczna jest komunikacja telefoniczna między lotniskami w celu zbadania czy znajdą się wolne miejsca. Mieliśmy trochę szczęścia i dla nas miejsca się znalazły. W Addis wylądowaliśmy około 14.00 i ponieważ planowaliśmy z samego rana ruszać na południe, postanowiliśmy przenocować gdzieś w pobliżu Autobus Terra. Wybór padł na Hotel Kagnew Shaleka, położony na Merkato, w bezpośrednim sąsiedztwie dworca lokalnej komunikacji autobusowej. Nasz plan działania w Addis zakładał zwiedzenie Ethiopian Museum, mieszczącego w swoich komnatach między innymi słynną Lucy - najstarsze obecnie znane szczątki hominida. W strugach deszczu (jak to zwykle w Addis) dotarliśmy do muzeum, które jest zlokalizowane na tzw. Arat Kilo (Czwarty Kilometr). No cóż - może to ignorancja, ale słynna Lucy nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia. Szczątki to faktycznie szczątki i jedynie świadomość, że mają one około 3,5 mln lat budzi nieco respekt. Pozostała część muzeum również nie zachwyca - w większości przypadków brakuje opisów, ekspozycja nie jest najlepsza, a samozwańczy przewodnik mamrotał tak pod nosem, że podziękowaliśmy mu po kilku minutach. Wróciliśmy do hotelu, zadowoliliśmy się prawie zimnym spaghetti i poszliśmy spać z miłą świadomością, że następnego dnia opuszczamy to niezbyt przyjemne miasto.

Dzień 13 - Addis Abeba - Arba Minch

Podróż z Addis na południe jest dużo wygodniejsza niż na północ, gdyż do samego Arba Minch (500 km) droga jest asfaltowa, co umożliwia pokonanie jej w ciągu jednego dnia. Już sam wyjazd z Addis był niespodzianką, gdyż droga wiedzie przez bogatsze dzielnice miasta, w których mieszczę się "osiedla willowe". Kawałek dalej mijaliśmy niewielkie zakłady przemysłowe (produkcja farb i żywności), a do tego przecięliśmy jedyną w Etiopii linię kolejową, łączącą stolicę z portem morskim w Dżibuti. A wszystko to jadąc czteropasmową "autostradą". Droga do Shashemene jest bardzo malownicza, mija zgrupowanie jezior tektonicznych, najpierw Ziway po lewej stronie, a następnie Langano, Abiata i Shala. Krajobraz zaczyna robić się sawannowy - pojawiają się rozłożyste samotne akacje, gdzieniegdzie kopce termitów. W przydrożnych obejściach, od czasu do czasu zauważyć można kolorowo pomalowane grobowce muzułmańskie. W Shashemene zjeżdża się z głównej drogi do Kenii, jednak nawierzchnia jest nadal znośna. Krajobraz robi się bardzo rolniczy, a wioski sprawiają wrażenie bogatszych niż na północy. W pewnej odległości przed Arba Minch pola uprawne ustępują miejsca plantacjom bananowców, spomiędzy których co kawałek wystają drzewa papai i mangowce. Arba Minch, mimo, że to największe miasto w południowej Etiopii, nie przytłacza. Dzieli się na dwie części - Shecha i Sikela, połączone kilkukilometrowym odcinkiem drogi. My pozostaliśmy w Sikeli, gdyż tam znajduje się dworzec autobusowy. Od miejscowych "przewodników" dowiedzieliśmy się już na dworcu, że w mieście jest dwóch Polaków, których spotkaliśmy wcześniej w Gonderze, co było dla nas dobrą wiadomością, gdyż mogliśmy rozłożyć koszty wynajmu jeepa na większą liczbę osób. Ci sami przewodnicy zaprowadzili nas do nowego Hotelu Yenia położonego zaraz obok ronda w Shechy. Wieczorem spotkaliśmy się z wspomnianymi Polakami, którym towarzyszyła jeszcze para Hiszpanów i razem postanowiliśmy ruszyć następnego dnia do Jinki.

Dzień 14 - Arba Minch - Jinka

Droga do Jinki, mimo, że o połowę krótsza niż z Addis do Arba Minch, również zabiera cały dzień. Asfalt kończy się już w Arba Minch, a kręta droga prowadzi to w górę to w dół, przecina wyschnięte (na szczęście) koryta rzek i potoków, a cały czas towarzyszy jej krajobraz i roślinność sawanny. Jeden z postojów wypada w Weyto, gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję zetknąć się z oryginalnymi mieszkańcami tego odizolowanego regionu Etiopii. Byli to chłopcy z plemienia Banna, niezwykle smukli, noszący bardzo krótkie spódniczki i ciekawe fryzury - przednia część czaszki ogolona, a z włosów na tylnej części posplatane misternie warkoczyki. Do Jinki dotarliśmy późnym popołudniem i po krótkim rekonesansie miejscowych hoteli wybraliśmy Goh za 35 Birr za pokój. Do Jinki przyjechaliśmy głównie na sobotni targ, na który schodzą się członkowie zamieszkujących okolicę plemion, głównie Ari, Banna, Mursi i Hammer. Lukas - chłopiec, którego wybraliśmy na naszego przewodnika zaproponował nam dodatkowo ranny spacer do oddalonej o około 9 km wioski, której mieszkańcy trudnią się wyrobem naczyń ceramicznych.

Dzień 15 - Jinka

To był chyba najciekawszy dzień z całego wyjazdu. Ranny wypad do wioski garncarzy trochę się wydłużył, przez co nie zdążyliśmy zobaczyć samolotu, który do Jinki przybywa trzy razy w tygodniu i ląduje na trawiastym pasie startowym, który pod jego nieobecność służy jako pastwisko lub boisko do piłki nożnej. Ale i tak byliśmy zadowoleni. Wioska, zamieszkana przez lud Ari była bardzo ciekawa, mieliśmy okazję zobaczyć proces wyrobu naczyń, począwszy do lepienia z gliny, przez wypalanie w ziemnych kopcach, aż do polerowania wypalonych już garnków ostrą trawą. Lukas wprowadził nas w głąb wioski, dzięki czemu mieliśmy okazję przyjrzeć się życiu miejscowych z bliska. Drogę powrotną z wioski w dużej części przebyliśmy na pace ciężarówki, podróżując ze sporą grupą wieśniaków udających się ze swoimi wyrobami na targ do Jinki. Sobotni targ w Jince to prawdziwa rewelacja. Z okolicznych wiosek schodzi się niezwykle kolorowy tłum, każdy przynosi co ma do sprzedania, począwszy od warzyw, przez czat (bardzo popularna roślina, której liście mają działanie narkotyczne, zbliżone do amfetaminy), miód, krowy, łóżka, dzbany aż po ubrania. Szczególnie zapadające w pamięć były spotkania z Mursi. Przedstawiciele tego plemienia są ogólnie nie lubiani w Jince, gdyż zachowują się dość agresywnie i uważani są za niezrównanych złodziei. Na własnej skórze i portfelu poczuliśmy, że świetnie potrafią wykorzystać swoją oryginalność. Gdy tylko pojawiliśmy się na targu, w momencie zostaliśmy otoczeni przez grupkę "dzikich", prawie nagich przedstawicieli tego plemienia, którzy chcieli nam sprzedać wszystko, począwszy od swojego wizerunku ustawiając się do zdjęcia, poprzez mosiężne bransoletki, których mnóstwo brzęczało na ich rękach, aż po gliniane krążki, które "upiększają" kobiety. Popołudniu rozpoczęliśmy poszukiwanie jeepa, którym na drugi dzień planowaliśmy pojechać do wioski Mursi. Jednak ceny jakie zostały nam zaproponowane, oscylujące między 1.100 a 1.200 Birr wzmogły naszą kreatywność i postanowiliśmy zrezygnować z wizyty u Mursi (widzieliśmy ich sporo na targu) w zamian za wizytę w Parku Narodowym Nechisar po powrocie do Arba Minch. Około 23.00, gdy już leżeliśmy w łóżku, usłyszeliśmy stukanie do okna naszego pokoju i okazało się, że niemożliwe stało się możliwe - Dawid, "przewodnik" z Hotelu Goh nagle znalazł dla nas samochód, który był gotowy zabrać nas za 850 Birr. Byliśmy już jednak zdecydowani i nie zmieniliśmy swojego zdania.

Mursi
Plemię Mursi liczy obecnie około 5.000 osób, a jego członkowie to głównie koczownicy, którzy przemieszczają się w ramach Narodowego Paku Mago. Zajmują się hodowlą bydła, natomiast na obszarach gdzie uniemożliwia to występująca mucha tse-tse, uprawiają rolę lub zajmują się hodowlą pszczół i zbiorem miodu. Najbardziej charakterystyczną cechą Mursi są gliniane lub rzadziej drewniane krążki, które kobiety wkładają sobie w nacięcia w dolnej wardze lub uszach. Praktyka ta przyczyniła się do nadania im pogardliwego przezwiska "kacze dzioby". Geneza tej tradycji nie jest jasna, ale najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie to chęć obrony przed łowcami niewolników, którzy szczególnie upodobali sobie piękne kobiety Mursi (które celowo szpeciły się krążkami). Obecnie podejście do tego osobliwego elementu dekoracyjnego zmieniło się zupełnie i krążki są uznawane jako ozdoba, oznaka statusu i wyznacznik "ceny" kobiety - im większy tym więcej krów mężczyzna musi oddać rodzicom swojej wybranki chcąc się z nią ożenić.



Dzień 16 - Jinka - Arba Minch

Musieliśmy wstać wyjątkowo wcześnie gdyż nie kupiliśmy wcześniej biletów i czekała nas walka jak równy z równym z miejscowymi o miejsce w autobusie - udało się. Po drodze oddałem się żuciu czatu, który jest wyjątkowo gorzki i bez przepijania od czasu do czasu wodą trudno dobrnąć do końca pęczka. Niestety moje poświęcenie nie zakończyło się sukcesem i poza goryczą w ustach nie odczułem żadnych sensacji. Obserwujący mnie Etiopczycy uznali, że zjadłem zbyt mało liści. No cóż - mimo wszystko postanowiłem, że jeszcze kiedyś spróbuję. W Arba Minch zaaranżowaliśmy wyjazd jeepem do Parku Narodowego Nechisar na safari. Trochę przepłaciliśmy (nasz pośrednik, Zeman Addis, zachował się trochę nieładnie i wymusił na nas "napiwek"). Zapłaciliśmy 910 Birr za jeepa na pół dnia oraz za wynajęcie łodzi, którą popołudniu po powrocie z safari chcieliśmy wypłynąć na Jezioro Chamo.

Dzień 17 - Arba Minch - Chencha - Arba Minch

Chencha to niewielka wioska, położona wysoko w górach otaczających Arba Minch, zamieszkana przez plemię Dorze. Do wioski można dojechać jeepem, ciężarówką lub autobusem, a droga zajmuje około 1,5 godziny. Ten krótki czas wystarczył aby diametralnie zmienił się krajobraz - wysuszona, pożółkła trawa i samotne akacje ustąpiły miejsca niesamowicie soczystej zieleni trawy, bambusów i ensetu, przeplatanej połaciami intensywnie rudej ziemi. Obrazu dopełniali niezwykle kolorowo odziani miejscowi. Lud Dorze słynie z budowania olbrzymich chat bambusowych. Dochodzą one do 15 metrów wysokości i mieszczą w sobie kilka pomieszczeń, w tym dla zwierząt. Brakuje im jednak okien i w środku jest zupełnie ciemno. Robią jednak spore wrażenie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że ich żywotność dochodzi do 50 - 60 lat. Niedaleko za wioską znajduje się niewielki wodospad, spadający w bardzo malowniczym zakątku, otoczonym niemalże tropikalną roślinnością. W wiosce i okolicy zlokalizowanych jest także kilka "spółdzielni" tkackich, jednak ceny jakie życzą sobie za zwiedzenie (od 30 do 100 Birr za osobę) zdecydowanie zniechęcają do zwiedzania, zwłaszcza, że przędzenie i tkanie można zobaczyć za darmo w wielu innych miejscach w Etiopii. W Chenchy natknęliśmy się na najgorsze dzieci w całej Etiopii. Były natarczywe, a wręcz agresywne, wlokły się za nami przez całą wioskę, prosząc o pieniądze, łapiąc za ręce, a nawet mieliśmy wrażenie, że rzucały czymś w naszą stronę. Z Chenchy poszliśmy na piechotę (około 7 km) do Dorze, niewielkiej wioski po drodze do Arba Minch, gdzie odbywał się poniedziałkowy targ. Nie był tak kolorowy i zróżnicowany jak w Jince, ale i tak bardzo ciekawy. Dużo miejsca zajmowały tkaniny bawełniane miejscowej roboty, a ciekawostką byli palacze tytoniu, którzy ciągnęli dym przez długie bambusowe rurki. Niestety ludzie na targu byli prawie tak samo natarczywi jak dzieci w Chenchy. Z Dorze do Arba Minch wróciliśmy ciężarówką, stąpając po bambusowych klatkach z kurami. Pod wieczór udaliśmy się do Bekele Mola Hotel, z którego tarasu rozpościera się wspaniały widok na jeziora Abaye i Chamo oraz Park Narodowy Nechisar. W hotelu zjedliśmy kolację i mimo, że ceny były nieco wyższe niż w innych restauracjach w mieście, to widok był tego wart.

Dzień 18- Arba Minch

Wyjechaliśmy jeszcze przed świtem. Musieliśmy obudzić strażników przy wjeździe do Parku Narodowego Nechisar aby kupić bilety. W międzyczasie zaczęło się rozjaśniać i gdy ruszyliśmy, co kawałek sprzed naszych kół uciekały niewielkie antylopy duk-duk. Potem przyszedł czas na pawiany, które również uciekły pospiesznie. Początkowo droga wiodła przez las, który stopniowo ustępował miejsca sawannie. Droga wiodła między dwoma jeziorami - Chamo i Abaye, które dodatkowo urozmaicały krajobraz. W pewnym momencie pojawiły się zebry. Rzuciliśmy się na nie z aparatami, nie chcąc nawet słuchać naszego kierowcy, który próbował nas schłodzić, mówiąc, że będzie ich jeszcze wiele. Miał rację. Potem pokazały się gazele Granta, olbrzymie biało-czarne kruki oraz wielkie hornbille. Nie jest to Serengeti ale nam się bardzo podobało. W Parku spędziliśmy około 7 godzin, robiąc ponad 50 km. Wróciliśmy do miasta i poszliśmy na obiad, w trakcie którego zostaliśmy mile zaskoczeni. Gdy kelner podał nam zamówioną injerę usłyszeliśmy za plecami "smacznego" (po polsku). Odwróciliśmy głowę i zdziwieni zobaczyliśmy Etiopczyka. Okazało się, że przez 12 lat studiował w Polsce architekturę i świetnie posługiwał się językiem polskim. Obecnie Hagos mieszka w Arba Minch i wykłada w Water Technology Institute. Po obiedzie tym samym jeepem, którym byliśmy w Nechisar, wyruszyliśmy do przystani nad Jeziorem Chamo (około 8 km za miastem). Łódką, która przypominała dużą blaszaną balię z przymocowanym silnikiem popłynęliśmy na tzw. Crocodile Market - plażę, na której kłębiły się dziesiątki olbrzymich krokodyli. Krążyły także wokół łódki, jednak nasz przewodnik uspokoił nas, że jesteśmy zupełnie bezpieczni. Zagrożeniem natomiast okazały się hipopotamy, które dość agresywnie zareagowały gdy uznały, że podpłynęliśmy zbyt blisko. Ale na szczęście w motorowej łódce byliśmy szybsi. Zadziwiający są miejscowi rybacy, którzy wypływają na jezioro w łódkach, na które składa się kilka związanych drewnianych kłód. Jedyną ich obroną przed krokodylami jest drewniana żerdź, którą od czasu do czasu biją w taflę wody. Ale jak zostaliśmy poinformowani między krokodylami, a rybakami istnieje nieformalny "pakt o nieagresji". Na jeziorze, oprócz krokodyli i hipopotamów zobaczyć można również mnóstwo ptaków - pelikanów, czapli, kormoranów i marabutów. Wycieczka łodzią trwała około 2 godzin i jeszcze przed zmierzchem byliśmy z powrotem w mieście.

Dzień 19 - Arba Minch - Addis Abeba

Wyjazd z Arba Minch jest dość skomplikowany. Autobus przyjeżdża dzień wcześniej z Jinki, więc już na starcie część miejsc jest zajęta. Rano autobus rusza z Shechy, mimo, że nie ma tam dworca. Następnie zjeżdża do Sikeli i tam dosiadają się pozostali pasażerowie (większość). Ponieważ mieszkaliśmy w Sikeli, postanowiliśmy tam właśnie wsiąść do autobusu. Dobrze jest zlokalizować odpowiedni autobus jeszcze zanim wjedzie na dworzec i zająć w nim miejsce, gdyż potem odbywa się tradycyjna walka o siedzenia. Droga do Addis przebiegła bardzo sprawnie, jednak korki w samym mieście spowodowały, że w sumie trwało to ponad 11 godzin. Pojechaliśmy minibusem do Hotelu Taitu, przedstawianego jako Mekka białych turystów, jednak ceny były wygórowane. Ponieważ przed odlotem koniecznie zależało nam na pokoju z łazienką odrzuciliśmy także hotele Tsigerada i National i ostatecznie wylądowaliśmy w Hotelu Wutma. Zjedliśmy pyszną kolację zakrapianą cienkim etiopskim winem, a następnie skorzystaliśmy z internetu w kafejce naprzeciwko biura Ethiopian Airlines na Piazza.

Dzień 20 - Addis Abeba

Nie wiem czy to uprzedzenie, czy też Addis Abeba jest faktycznie męcząca i stresująca, ale ten dzień nie był zbyt przyjemny. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Churchill Road i dochodzącej do niej Mahatma Ghandi Street, gdzie mieści się mnóstwo sklepików z pamiątkami. Po długich i często zupełnie nieracjonalnych negocjacjach kupiliśmy dwa krzyże i stary skórzany kosz podróżny na injerę za 200 Birr (cena wywoławcza 500 Birr; myślę, że na prowincji moglibyśmy kupić o wiele taniej). W dwóch polecanych przez LP sklepach z kawą (Mokrar i Tomaca) kupiliśmy kilka rodzajów etiopskiej kawy, która niestety w Polsce okazała się być wyjątkowo ohydna (mimo, że kawa w Etiopii jest wyjątkowo smaczna i aromatyczna). Usatysfakcjonowani zakupami (sporo pamiątek kupiliśmy już wcześniej w różnych miejscach) pojechaliśmy na Merkato żeby się trochę powłóczyć. Zaczepił nas młody Etiopczyk, który zaproponował, że oprowadzi nas po targu, pokazując ciekawsze miejsca. W trakcie rozmowy okazało się (o ile to nie była konfabulacja), że w dzieciństwie został on adoptowany przez polskiego lekarza rezydującego w Addis - niestety nie znał ani jednego słowa po polsku. Ale faktycznie pokazał nam niezwykłe zakamarki Merkato i to zupełnie bezinteresownie. Weszliśmy w gąszcz bardzo wąskich przejść, ciasno ubitych straganów, przeszliśmy przez sektor, w którym znoszony z całego miasta złom zamieniał się w sprawnych rękach miejscowych rzemieślników w noże, siekiery i inne narzędzia. Był ogromny "skup butelek", sektor z zakładami rymarskimi, z przyprawami, w tym głównie z berberem, z masłem, ensetem i wszystkim co może się przydać Etiopczykowi. Po drodze do przystanku minibusów obejrzeliśmy jeszcze Anwar Mosque (Wielki Meczet), jednak Muzułmanie niezbyt przyjaźnie odnosili się do naszych aparatów, więc nie zabawiliśmy tam długo. Z Merkato skierowaliśmy nasze kroki na Sedest Kilo z zamiarem zwiedzenia Muzeum Etnologicznego. Muzeum mieści się w budynku pałacu cesarza Haile Selassie, który obecnie wchodzi w skład głównego campusu Uniwersytetu w Addis Abebie. Muzeum jest bardzo ciekawe, na trzech piętrach zgromadzono mnóstwo rekwizytów, głównie przedmiotów codziennego użytku z całego kraju. Jest też duża kolekcja instrumentów muzycznych oraz olbrzymie pomieszczenie z kolekcją etiopskich krzyży i ikon. W muzeum można zobaczyć również, podobno oryginalne, łazienkę i sypialnię samego cesarza - nie zachwyca przepychem, no może jak na warunki etiopskie jest dość ekskluzywna. Do tego liczne, obszerne opisy, ciekawe legendy, tłumaczące np. szczególne miejsce kawy w tradycji etiopskiej lub też drogę jaką do Etiopii przywędrowała Arka Przymierza. Następnie skierowaliśmy się na Arat Kilo, gdzie jakieś 200 m od ronda znajduje się największy ortodoksyjny kościół w Etiopii, Katedra Trójcy Świętej. Podobno trzeba wykupić bilet, ale nam udało się bez żadnych przeszkód obejrzeć kościół zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Zdecydowanie odbiega on architektonicznie od innych kościołów, które mieliśmy okazję oglądać wcześniej i bardziej przypomina nasze kościoły katolickie. Na otaczającym Katedrę cmentarzu jeden z nagrobków jest pomniejszoną kopią monolitycznego kościoła Bet Gyorgis z Lalibeli. W drodze powrotnej do hotelu kupiliśmy jeszcze w Yegabawal Tej Beat dużą butelkę teju do zabrania do Polski. Wieczorem odwiedziliśmy Restaurację Addis Abeba, gdzie byliśmy umówieni z naszymi znajomymi z Polski. Restauracja jest dość ciekawa, na dużej okrągłej sali stoliki porozstawiane są również wokoło, a ściany zdobią liczne pamiątki. A do tego było to chyba jedyne miejsce na naszej drodze, w którym udało nam się zjeść doro wat, sos do injery zrobiony z kurczaka. Niestety ilość ostrej przyprawy berber dosypywana do dań etiopskich skutecznie niweluje różnice smakowe i trudno jest odróżnić doro wat od np. kejo wat. Przekazaliśmy znajomym, którzy dopiero rozpoczynali swój pobyt w Etiopii, najświeższe wiadomości, a następnie udaliśmy się na ostatni nasz nocleg na ziemi abisyńskiej.

Dzień 21 - Addis Abeba - Londyn - Warszawa

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie, bo już po 4.00. Taksówkarz, z którym umówiliśmy się poprzedniego wieczoru, czekał na nas śpiąc w swojej taksówce. Miasto pogrążone było we śnie więc droga na lotnisko przebiegła sprawnie. Odprawa również nie była skomplikowana, zapłaciliśmy po 20 USD (koniecznie w walucie) opłaty lotniskowej i … to był niestety koniec. Powiedzieliśmy "Afryko do zobaczenia" i z takim z postanowieniem, że tu jeszcze wrócimy odlecieliśmy do domu.


INFORMACJE PRAKTYCZNE

Pieniądze


Walutą w Etiopii jest 1 Birr dzielący się na 100 centów i generalnie "twarde waluty" nie są akceptowane jako środek płatniczy (z małymi wyjątkami, np. w liniach lotniczych, drogich hotelach). Kurs wymiany jest dość stabilny i wynosi około 8,5 - 8,6 Birr za 1 USD. Walutę powinno wymieniać się w bankach, gdzie pobierana jest niewielka prowizja, a turyści obsługiwani są poza kolejnością. W nagłych przypadkach można spróbować wymiany w hotelu, jednak trzeba pamiętać, że jest to nielegalne. Kurs na czarnym rynku jest zbliżony do oficjalnego. W Etiopii nie ma ani jednego bankomatu (nie było w sierpniu 2002r.) więc karty płatnicze są praktycznie bezużyteczne.

Wizy


Wizy można załatwić przed wyjazdem jednak jest to problematyczne, gdyż ambasada obsługująca obywateli polskich znajduje się w Moskwie. Wizę można uzyskać drogą pocztową, jednak mimo wszystko nie jest to łatwe. Natomiast od początku 2002 roku istnieje możliwość uzyskania wizy bez żadnych problemów przy wjeździe do Etiopii i tą opcję zdecydowanie polecamy. Jeżeli przylot do Addis Abeby wypada w godzinach otwarcia biura wizowego, wydanie wizy następuje od ręki. W innym przypadku należy zostawić paszport na lotnisku i z wydaną "różową karteczką" wrócić po odbiór paszportu w dniu następnym. Wiza na lotnisku kosztuje (a może lepiej powiedzieć, że my tyle zapłaciliśmy) 140 Birr od osoby, co znacznie odbiega od informacji jakie uzyskiwaliśmy w ambasadach etiopskich w Europie do których dzwoniliśmy przed wyjazdem (50 - 70 EUR).

Koszty


Etiopia jest krajem tanim jak na warunki europejskie, jednak np. nie tak tanim jak Indie. Trzytygodniowy pobyt kosztował nas około 600 USD na osobę (w tym dwa przeloty samolotem). Przeciętny posiłek, obejmujący danie główne i piwo, kawę lub colę kosztuje około 10 - 12 Birr. Ceny hoteli (przynajmniej tych, w których mieszkaliśmy) wahają się od 10 do 75 Birr za pokój dwuosobowy (jeżeli w pokoju mają mieszkać dwie osoby tej samej płci należy się liczyć z nawet dwukrotnie wyższą ceną lub koniecznością wynajęcia dwóch pokoi), jednak w niedawno otwartym Sheratonie można wynająć pokój nawet za ponad 1.000 USD. Internet, który dostępny jest głównie w Addis (widzieliśmy także kafejkę w Gonderze) kosztuje około 0,70 Birr za minutę. Za trzyminutową rozmowę do Polski (3 minuty to minimum jakie można zamówić) zapłaciliśmy nieco ponad 70 Birr. Jak w większości krajów Trzeciego Świata dość dużo płaci się za wynalazki cywilizowanego świata czyli wodę mineralną (5 - 8 Birr za 1,5 litra) i papier toaletowy (3 - 4 Birr za rolkę). Napiwki dla księży w kościołach lub za zrobienie zdjęcia (nie zawsze) to zazwyczaj 1 Birr. Filmy do aparatów kosztują 15 - 18 Birr za rolkę (Konica 100, poza Addis nie ma filmów o innej czułości ani slajdów). Ceny przewodników negocjuje się indywidualnie, aczkolwiek czasami trudno jest wynegocjować lepszą cenę niż podaje Lonely Planet, gdyż miejscowi świetnie znają tą pozycję i często się do niej odwołują. Warto znaleźć bardziej rozgarnięte dzieci, które oprowadzą za niższą kwotę niż "oficjalni" przewodnicy. Ceny biletów do obiektów turystycznych są stosunkowo wysokie - kształtują się od 10 Birr za osobę w National Museum w Addis do 100 Birr za osobę za zwiedzanie kościołów w Lalibeli. Dysponujemy szczegółowym zestawieniem kosztów.

Transport


Do Etiopii lata z Europy niewiele linii, z polski brak bezpośredniego połączenia. Można wybierać między British Airways, Lufthansą, KLM (przez Kenię) i Ethiopian Airlines. Ceny w zależności głównie od pory roku, w której lecimy kształtują się między 650 a 850 USD, nie uwzględniając podatku lotniskowego 20 USD, który należy uiścić przy wylocie na lotnisku Bole. Po Etiopii można podróżować autobusami, samolotami Ethiopian Airlines lub jeepami. Jedyna linia kolejowa biegnie z Addis Abeby przez Dire Dawa na wschodzie kraju do Dżibuti. Autobusy są na pozór stare i nie wzbudzają zaufania, jednak w trakcie trzech tygodni spędzonych w Etiopii poza dwoma przebitymi oponami nie mieliśmy z nimi złych doświadczeń. Poruszają się niestety zazwyczaj bardzo wolno, gdyż większość dróg nie posiada nawierzchni asfaltowej. Średnia prędkość na takich odcinkach wynosi około 30 km/h. Podróż autobusem daje jednak możliwość podglądania życia Etiopczyków, czego nie można dokonać latając samolotem. Średni koszt przejazdów autobusowych to 10 - 15 Birr za 100 km. Samolotem można zwiedzić najważniejsze miejsca turystyczne w kraju. Samolot robi tzw. pętlę historyczną (Addis - Bahar Dar - Gonder - Aksum - Lalibela - Gonder - Bahar Dar - Addis), lata do Dire Dawa i na południe do Arba Minch oraz do Jinki (2 razy w tygodniu). Za odcinek Aksum - Lalibela - Addis zapłaciliśmy po 125 USD od osoby. Jeep jest dość drogim sposobem podróżowania po kraju, dającym oczywiście inne korzyści. Wynajęcie samochodu na dobę kosztuje do 80 - 100 USD. Nie mieliśmy okazji jechać pociągiem, jednak dowiedzieliśmy się, że od zamachu bombowego przed kilkoma laty, w którym zniszczone zostały wagony pierwszej klasy, kursuje tylko klasa druga i trzecia, należy się więc przygotować na spore niewygody, gdyż brak jest miejsc numerowanych, a pociąg jest zazwyczaj niemiłosiernie przeładowany. Z Addis pociąg wyjeżdża popołudniu (3 razy w tygodniu) i podróż do Dire Dawa (około 450 km) zajmuje całą noc.

W Addis Abebie najefektywniej poruszać się niebieskimi minibusami, których mnóstwo jeździ po zatłoczonych ulicach. Na postoju należy głośno powiedzieć nazwę miejsca, do którego chce się dojechać i naganiacze wskażą odpowiedni pojazd. Cena za przejazd waha się od 0,70 do 1,30 Birr od osoby, w zależności od odległości (np. odcinek Piazza - Merkato to 0,95 Birr). Taksówki są droższe - krótki kurs powinien kosztować 10 - 20 Birr, za dłuższe trzeba zapłacić nawet do 40 Birr (indywidualne negocjacje). Taksówka z lotniska do centrum w godzinach nocnych jest droga - około 10 USD. W innych miastach odległości są na tyle nieduże, że głównym środkiem transportu są własne nogi. Wynajęcie roweru kosztuje od 4 - 7 Birr za godzinę.

Wyżywienie


Etiopia nie jest kulinarnym rajem. Menu jest dość skromne. Oczywiście można w większych miastach znaleźć coś europejskiego, najczęściej spaghetti, jednak chyba nie po to jedzie się taki kawał drogi. Podstawowym daniem etiopskim jest injera, jadana o każdej porze dnia - ogromny "naleśnik" zrobiony z mąki z endemicznego tefu (gatunek trawy), lekko gąbczasty, o kwaśnawym smaku, przypominający z daleka kawałek szarego papieru albo lniany obrus. Do injery podawane są różne sosy (wat), najczęściej bardzo ostre, z dodatkiem miejscowej mieszanki przypraw berber, przygotowane z dodatkiem mięsa baraniego, wołowego lub z kurczaka (zestaw injera z sosem kosztuje od 4 - 8 Birr). Można zjeść również wat wegetariański, jednak najczęściej tylko w środy i piątki, a więc w etiopskie dni postne. Innym popularnym daniem jest ketfo - mielone, półsurowe mięso podgrzane w maśle (jeżeli nie ma możliwości dokładnego ugotowania mięsa, radzimy zrezygnować z tego specjału). Dość popularna jest jajecznica (inkulat, 4 - 6 Birr), robiona najczęściej na ostro - bardzo smaczna. Na śniadanie polecamy miejscowe wypieki (różnego rodzaju ciasta ala-biszkoptowe, pączki itp., około 1 Birr za sztukę) oraz pyszne soki - musy owocowe (najczęściej z avocado, papai i mango z dodatkiem soku z limonki, około 2 - 3 Birr za szklankę). W miastach położonych nad jeziorami warto spróbować dań rybnych. Do picia mamy do wyboru napoje gazowane, najczęściej colę, pepsi lub mirindę (2 - 3 Birr za butelkę). Można również spróbować kilku gatunków piwa - najbardziej polecam piwo Mota lub St. George (3 - 5 Birr za butelkę). Z ciepłych napojów możemy wybrać herbatę, najczęściej z dodatkiem imbiru, lub pyszną, aromatyczną i niezwykle mocną kawę. Oba te napoje podawane są w malutkich filiżankach, z olbrzymią ilością cukru. Koniecznie warto spróbować wspomnianego wcześniej teju (0,50 - 3 Birr za "lampkę"). Na targowiskach można spróbować miejscowego napoju spirytusowego, araki, który przypomina nieco śliwowicę, zarówno smakiem jak i zawartością alkoholu. Nie polecamy, chyba, że jako ciekawostkę, domowej roboty piwa - telli. Napój przypomina z wyglądu pomyje kuchenne i smakuje nie lepiej. Najczęściej można go kupić w prywatnych domach, oznaczonych puszką lub innym naczyniem zatkniętym na kiju wbitym przez drzwiami.

Dodatkowe informacje: maciej-kowalczyk@wp.pl

(c) Dorota Ożóg i Maciej Kowalczyk


do: spis treści RAPORTY


(c) www.etiopia.pl - www.travelphoto.pl - Wszelkie prawa zastrzeżone !